delete

maj 27, 2010

Już po raz kolejny usuwała napisany wcześniej tekst. Prawie bezgłośnie naciskała klawisz „delete”.
Nigdy nie musiała martwić się o słowa. Te właściwe zawsze pojawiały się wtedy, kiedy ich potrzebowała. Zgrabnie układały się w głowie. Umiała opisywać uczucia, nazywać pojęcia. Umiała tworzyć historię.
Wierzyła w moc słowa i śmiała się, że musi przepisywać własne życie. Bo tylko pisząc, była w stanie uporządkować i nazwać emocje.

Nic więc dziwnego, że dziś też usiadła przed komputerem. Wypaliła wcześniej kilka papierosów. Przestały drżeć jej dłonie. Myślała, że już się uspokoiła.
Ale słowa nie przychodziły. Nie te właściwe. Siedziała więc bezradnie wpatrzona w migającą na monitorze czarną kreseczkę. Piekły ją oczy. To dlatego, że znów nie założyła okularów. Jakoś nie umiała się do nich przyzwyczaić. Zmiany zawsze były trudne. Myśl, że jej oczy nie są już tak sprawne jak kiedyś napawała ją lękiem. Podobnie jak myśl o każdej innej zmianie. Wiedziała doskonale, że woli ich nie widzieć, nie potrzebować.

Już raz straciła przyjaciółkę. Prawdziwą. Dawno, dawno temu, kiedy była jeszcze pewna, że takie rzeczy się nie zdarzają. Wtedy, dość naiwnie sądziła, że ludzie nie opuszczają naszych żyć ot tak sobie. Że musi być ku temu jakiś powód.
Jej życie determinowało więc pytanie „dlaczego”. A sytuacje, w których nie padała na nie odpowiedź budziły w niej skrajne emocje. Od wściekłości, poprzez irytację, aż do przerażającej bezradności. I bezsenności. Zawsze bezsenności.

Traktat o pluszowych misiach

kwiecień 28, 2010

Niezdarnie ciągane po podłodze.
Wrzucane do wózka. Tulone. Przykrywane kołdrą. Sadzane przy stole.
Nie zawsze nieme. Towarzysze dziecięcych zabaw, powiernicy tajemnic, wierni przyjaciele.
Mają tę jedną jedyną wadę, że nie rosną. Przekładane z miejsca na miejsce, z czasem lądują na strychu lub w zagraconym garażu. Nim zostaną wyrzucone przejdą jeszcze kilka selekcji. Wspomnienia dorastających dzieci raz po raz będą przedłużały ich pobyt. Ale w końcu sentyment matki (dzieci już nie będą ich bronić) zastąpi praktyczna potrzeba stworzenia wolnego miejsca.
Nim zostanie wyrzucony usłyszy, że jest stary, zbyt brzydki i zniszczony, by móc komuś go oddać.

Ona nigdy nie wyrzuciła swojego misia. Nigdy też nie zapomniała Jego imienia.
Od lat wozi Go ze sobą w jednym z kartonowych pudeł i przeprowadza z miejsca na miejsce. Był z Nią w kilkunastu krajach, w każdym mieszkaniu, które wynajmowała.
Co prawda wiedział coraz mniej, bo rzadko z Nim rozmawiała. Ale mimo to, nie skarżył się. Pamiętał zbyt dobrze, że wyprowadzając się zostawiła w domu rodziców niebieski worek z innymi misiami. Tylko Go zabrała ze sobą.
Od tamtego momentu zajmował szczególnie miejsce w każdym z Jej domów. Był obiektem nieustannego zachwytu. Ludzie, w różnych językach, zawsze powtarzali, że jest uroczy.

A Ona? Zmieniła się odkąd Ją poznał. Urosła. Już nie była tą wesołą dziewczynką z ciemnymi warkoczami. Jej włosy miały teraz miedziany odcień. Czasem były kręcone. Miś nigdy nie wiedział, gdzie można kupić nowe włosy. Pamiętał jedynie, że trzeba to robić raz na dwa miesiące.
Robiła coś co inni nazywali ‘oszałamiającą karierą’. Tego też miś nie rozumiał. Wiedział za to, że jeśli się to robi, rzadko bywa się w domu przed 20 i trzeba pracować w weekendy. Perspektywa ‘oszałamiającej kariery’ nieszczególnie Mu się podobała. Miał wrażenie, że Jej też nie. Ale nic nie mówił.
Zauważył, że nie ma już tylu koleżanek, co kiedyś. Ciągłe przeprowadzki nie sprzyjały zawieraniu nowych znajomości. Rzadko ktoś Ją odwiedzał, rzadko dzwonił. Teraz, zamiast spotykać się ze znajomymi chodziła na zakupy i zawsze wracała z kilkunastoma torbami. Ale nawet wtedy się nie uśmiechała. W ogóle rzadko to robiła.

Nie zmieniło się w niej tylko jedno. Wciąż miała te same, dziecięce problemy. Nadal płakała, kiedy ktoś powiedział Jej coś przykrego. Żaliła, kiedy po raz kolejny czuła się samotna i tęskniła za rodzicami. Gdy odchodzili kolejni mężczyźni, gdy zapominały kolejne koleżanki.
Tuliła wtedy pluszowego misia prawie tak samo jak wtedy, gdy miała 5 lat. Tyle tylko, że już nie pytała co u Niego.

she should

kwiecień 12, 2010

Miarowe tykanie zegara. Miała wrażenie, że tylko tyle zostało w tym domu.
Przeraźliwie równe. Głośne. Skończone.

Przez lata małżeństwa zdążyli przerobić wszystkie możliwe etapy. Miłość, przyjaźń, obojętność, znudzenie, irytację. Były leniwe sobotnie poranki i wrzaski do białego świtu. Potem było dzielenie rzeczy, oddawanie starych prezentów, obwinianie się o wszystko. Na samym końcu przeszła obojętność.
Wiedziała aż nazbyt dobrze, że Jej życie nie potoczyło się tak, jakby tego chciała. I choć wciąż widziała siebie mówiącą “oraz, że nie opuszczę Cię aż do śmierci”, nie mogła pozbyć się wrażenia, że ich miłość nie mogła skończyć się inaczej.
Nie, nie była cyniczna.
Długo walczyli o siebie i o życie jakie udało im się stworzyć. Raz po raz padały obietnice i zapewnienia. Ale chyba oboje wiedzieli, że na dłuższą metę nie ma to sensu.

Ciężko zawyrokować czy wraz z decyzją o rozstaniu pękło Jej serce. Ponoć tak powinno być. Powinna płakać nad nieudanym życiem i małżeństwem, które okazało się nie być na zawsze. Powinna czuć się przegrana.
Kiedyś płakała, rozważała, rozmyślała. Ale potem obiecywali sobie, że jeszcze się postarają. A potem jeszcze raz. Za każdym razem miało być inaczej. Nigdy nie było.

Teraz, w środku nocy, kiedy stała przed ciemnym oknem nie mogła oprzeć się wrażeniu, że próbowali zbyt długo. Zapaliła papierosa. Może, pomyślała, gdyby miała 30, a nie 40 lat, byłoby Jej łatwiej rozpocząć nowe życie? Spakować książki w brązowe kartony, okleić szeroką taśmą i wyjechać, gdzieś daleko.

Stała nieruchomo jeszcze przez chwile. Wciąż słyszała głośne tykanie zegara.
Próbowali się ocalić zbyt długo.