o pytaniach bez odpowiedzi
Na chwilę przed zaśnięciem przypominało Jej się wszystko to, o czym wolałaby zapomnieć.
Twarze, obrazy, sytuacje. Przedawnione sprawy i nigdy nie wyjaśnione wydarzenia, niedokończone zdania.
Mijały lata, a Ona coraz rzadziej pytała dlaczego Jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Nauczyła się nie rozumieć pewnych rzeczy, nie tęsknić do utraconych przyjaźni, nie kończyć niewypowiedzianych zdań. Nikt nie dowiedział się, że do samego końca miała nadzieję, że to się zmieni. Że pozna odpowiedzi, że któregoś, mniej lub bardziej, słonecznego dnia, ktoś wszystko Jej wyjaśni. I wtedy będzie mogła odetchnąć z ulgą i powiedzieć głośno “Ach, to dlatego”. Nigdy nie miała tak powiedzieć.
Z biegiem lat szczegóły nie zacierały się ani trochę. Co wieczór przychodziły nieproszone choć wyraźne. Nigdy nie myślała o nich za dnia. Dni wypełniała Jej praca, rodzina i co jakiś czas zmieniający się przyjaciele. Ale zawsze, na chwilę przed zaśnięciem, stawały Jej przed oczami, wszystkie te obrazy, których wolałaby nie pamiętać.
Nie poznała odpowiedzi. Nikt nie pojawił się, by wyjaśnić.
Kiedy zasypiała po raz ostatni znów przed oczami pojawiły się te same, dobrze znane obrazy. Przyjaciele, jeśli to faktycznie byli oni. Sytuacje, które nigdy nie miały się wyjaśnić. I wtedy, na chwilę przed śmiercią zrozumiała – na pewne pytania nie ma odpowiedzi. Nie zdążyła nikomu o tym powiedzieć.
09/02/2009
One response to o pytaniach bez odpowiedzi
W takim stanie ducha i finansów poznałem Margot. Święty Boże, jaka ona była śliczna, z buzią laleczki, wielkimi ciemnymi oczami, króciutką czarną fryzurką i miękkim, z francuska wymawianym „r”. Maleńka, wręcz filigranowa, miała doskonałą figurę klepsydry i ładne nogi. A przy tym wdzięk bibelotu. Wyglądała, jakby uciekła z pozytywki. Wydawało mi się, że bez trudu mógłbym zamknąć ją w dłoniach. Zakochałem się natychmiast, ufnie i bezmyślnie. Zachwyciłem się wszystkim. Szczebiotem i chichotem. Sposobem, w jaki się śmiała, odsłaniając drobne, równe zęby. Pazurkami umalowanymi na kolor intensywnego szkarłatu, jakby przed chwilą rozszarpała nimi upolowaną ofiarę. Niezliczonymi kokardkami i piórkami, które na sobie uczepiała. Zalotnymi spojrzeniami i nienagannym makijażem, jaki nadawał jej wygląd porcelanowej figurki. Małymi i większymi kaprysami, zawsze podbarwionymi odrobiną snobizmu, żeby przypomnieć wszystkim, że wychowała się we Francji.