traktat o zabijaniu
Urodziła się inna niż wszyscy.
I choć naturalnie nie pamiętała momentu swoich narodzin, takie miała wrażenie. Nie pasowała ani do swojej rodziny, ani do reszty świata.
Rodzice byli urzędnikami. Ciężko stwierdzić czy z zawodu, czy może z pasji. Brała także pod uwagę, że ani jedna, ni druga odpowiedź nie była prawdziwa. Może tak po prostu potoczyło się ich życie. Nie wiedziała, i nie przypuszczała, by i oni wiedzieli. Nie byli refleksyjnymi ludźmi. Żyli z dnia na dzień, zadowoleni, że ich praca zaczyna się punktualnie o 7 i kończy, równie punktualnie, o 15. Jedli wspólne obiady. W niedziele chodzili do Kościoła, na Święta jeździli do odległego o 50 kilometrów miasteczka, w którym jeszcze mieszkali ich rodzice.
Podejrzewała, że swoimi narodzinami musiała ich rozczarować. Nie była taka jak oni. Czasem zatrzymujący się na ulicy znajomi, nie kryjąc zdziwienia pytali “To Twoja córka?”. A potem zawsze padało, że nie podobna, że oczy jakieś takie duże, a włosy zbyt ciemne, i lekko kręcone. Niepodobna.
I pewnie gdyby chodziło tylko o niepodobny wygląd nie byłoby aż takiego problemu. Ale Ona w ogóle nie była do nich podobna. Kiedy entuzjastycznie podrzucali Jej foremki do piaskownicy, Ona wstawała zrezygnowana. Nie lubiła się bawić. Nie tak. Inne dzieci, bez poczucia wyższości, uważała za głupie i infantylne. Czasem, by zobaczyć uśmiech na twarzy zatroskanych rodziców, bawiła się z nimi przez godzinę lub dwie. W jakąś niepoważną zabawę, która wzbudzała śmiech wszystkich, z wyjątkiem Jej.
I tak już została na długo – wyjątkiem. Od reguł, zakazów i nakazów. Nigdy nie układała kosmetyków wedle wielkości, jak matka. Nigdy nie trzymała prawidłowo sztućców, o czym zawsze przypominał ojciec. Za to zawsze zasypiała uśmiechnięta. Chowała łyżeczki do kieszeni szlafroka, i zawsze miała w kieszeni choć kilka kostek cukru. Powtarzała, że człowiek nigdy nie wie, czy akurat nie przyda mu się dodatkowa kostka cukru.
Nim zaczęła czytać książkę zaglądała na ostatnią stronę, żeby szybko przebiec po niej wzrokiem. I nigdy nie obrażała się, gdy ktoś nazywał Ją dziwną.
A nazywano Ją tak często.
Pewnego wrześniowego poranka rodzice zaprowadzili Ją do szkoły. Pewnie bali się tak jak Ona, choć z zupełnie innych względów.
Potem cieszyli się, gdy wracała do domu i posłusznie siadała do lekcji. Cieszyli się, gdy po raz pierwszy przyprowadziła do domu koleżankę. Normalną jak się wydawało. Grały w warcaby, co wprawiło rodziców w stan euforii.
Któregoś wieczora zgodnie stwierdzili, że mają cudowną córkę. Szkoła Ją odmieniła. Nie powiedzieli, że odarła z marzeń i dziecięcej fantazji, choć taka była prawda.
21/04/2009
One response to traktat o zabijaniu
wspaniale niedopowiedziane.