Archiwum z czerwiec, 2009

nasz/wasz/ich

poniedziałek, czerwiec 22, 2009

Byli z Niego tacy dumni. Ich Mateusz.
Długo starali się o dziecko. Dzień, w którym urodził się mały, zdrowy chłopczyk był jednym z najszczęśliwszych w ich życiu. Wraz z Nim w domu zawitała radość i szczery śmiech.
Był grzeczny. Kochany. Pozwalał się przytulać i całować. Rzadko kiedy płakał. Problemy typowe dla małych dzieci; kolki, ząbkowanie, zmienne nastroje, Go nie dotyczyły.
Uczył się szybko. Był mądrym i rozważnym dzieckiem, które nieustannie napawało ich dumą. Chętnie pomagał w domu, zawsze sprzątał swój pokój, a w niedziele grzecznie siedział w kościelnej ławce.
Później, już szkole nie tylko był lubiany, był także, a może przede wszystkim, doskonałym uczniem. To czyniło Go jeszcze bardziej wyjątkowym. Matka - szwaczka i ojciec - elektryk z uwielbieniem patrzyli na coraz to większego chłopca, który pod koniec czerwca zawsze przynosił do domu świadectwo z czerwonym paskiem i list gratulacyjny dla rodziców. Oboje płakali, kiedy skończył liceum. Z wzruszenia i z dumy. Ich Mateusz.
Miał zdobyć w życiu wszystko to, czego Oni nie mieli. Miał być szanowany przez innych. Miał nigdy nie bać się, że może, z powodu redukcji etatów, zostanie zwolniony. Miał nie żyć skromnie. Miał zwiedzać i podróżować, być wszędzie tam, gdzie ich zabrała tylko telewizja.
I kiedy patrzyli na Jego pogodną twarz, byli pewni, że tak się właśnie stanie.

Oczywiście, że dostał się na studia.
W dniu, w którym wrócił z wynikami, w domu panowała wielka radość. Świętowali we trójkę. Jak zawsze. Uradowana matka przynosiła z niewielkiej kuchni ulubione potrawy syna. Tak chciała zrobić Mu przyjemność. Jej Mateusz. Ojciec przez pierwszą godzinę nic nie powiedział. Nie musiał. Oni wiedzieli, że to duma sprawiała, że słowa więzły Mu w gardle. Klepał więc syna po ramieniu. Po ojcowsku.

Woleli, żeby Mateusz został na wakacje w domu. Żeby odpoczął. Nie przespał tyle nocy przygotowując się do egzaminów. Przecież nie musiał iść do pracy.
Ale On chciał. Uśmiechali się w duchu, gratulując sobie, że tak dobrze Go wychowali. Chłopak wiedział, co to znaczy ciężko pracować. Nie migał się od odpowiedzialności, jak Jego rówieśnicy. Nie pił, nie palił. Chciał sam zarobić na początki życia w wielkim mieście.
Zaczął pracę w pobliskiej fabryce. By zaoszczędzić dojeżdżał rowerem. Lubił to i nigdy się nie skarżył.
Kiedy otrzymał pierwszą wypłatę i On był z siebie dumny. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem patrzył na plik banknotów, który trzymał w dłoni. Sam zarobił każdą złotówkę. Sam.
Koszula, którą kupił sobie tego dnia leżała znacznie lepiej. Jakby i ona wiedziała, że to Jego pierwszy dorosły zakup. Że teraz będzie nosił ją z dumą, bo sam na nią zapracował.
I wtedy postanowił. Długo zwlekał nim powiedział o tym rodzicom. Był pewien, że będą rozczarowani.
Nie pójdzie na studia.

pstryk i już

sobota, czerwiec 13, 2009

- Proszę spojrzeć trochę bardziej w prawo.
Był fotografem z pasji. Z wieloletnim doświadczeniem i raczej zadowolonymi klientami. Do Jego studia codziennie przychodziły kobiety. Jedne ładne, inne brzydsze. Zdarzały się, choć rzadziej, kobiety piękne. Przychodziły też matki i staruszki.
Kobiety siedzącej przed Nim nie mógł zaliczyć do żadnej z grup. Ta była zjawiskowa.
Tak, zjawiskowa. Tylko to słowo przychodziło Mu na myśl, gdy na Nią patrzył.
Była delikatna. Krucha. I jedynie w spojrzeniu, w dużych, zielonych oczach, miała niespotykaną siłę. A może nie siłę, a ogromny dystans. Spokój, którego nie burzył ani świat, ani natarczywe pytania.
Spoglądając na matówkę, spoglądał na Jej rude, kręcone włosy. Na drobne loki i liczne piegi, które sprawiały, że wyglądała trochę jak niepokorna nastolatka. Ale wystarczyło spojrzeć w Jej oczy, by nastolatka zniknęła. Siedziała przed Nim kobieta, która wiedziała, że i dlaczego podoba się mężczyznom. Kobieta, której nic to nie obchodziło.
Kiedy nie zauważył na Jej dłoni obrączki, trochę z przekory, a może bardziej z ciekawości, zdobył się na niewinny flirt. W końcu i na Jego placu nie było obrączki.
W kilku szorstkich słowach dała Mu do zrozumienia, że przyszła tu po zdjęcie. Nie paszportowe, więc faktycznie, może spojrzeć trochę bardziej w prawo.
Nie próbował już z Nią rozmawiać. W myślach skarcił się, za szczeniackie zachowanie. Ukradkiem spojrzał w Jej oczy. Było w nich zdecydowanie, upór i pociągający dystans, którego mężczyźni nigdy nie zrozumieją.
Już, koniec tego. Jest profesjonalistą.
- Dobrze, a teraz proszę spojrzeć na mnie. Dobrze. A nie, proszę poprawić włosy, zakrywają ucho.
Nerwowo odgarnęła włosy. Pomyślał, że zrobiła to zbyt szybko. Zupełnie nie pasowało to do spokoju, jaki, jakby od niechcenia, wniosła do studia. Nie pasowało do subtelnej wyniosłości i elegancji.
- Już dobrze. - Chciał Ją trochę uspokoić. Choć nie miał pojęcia, dlaczego ta prośba tak wyprowadziła Ją z równowagi. Patrząc teraz na Nią wiedział, że wyprowadziła.
Mocno zacisnęła usta i szybciej mrugała. Kciukiem przesuwała koraliki zielonej bransoletki, którą miała na prawej ręce.
- W porządku. Jeszcze tylko jedno i będzie Pani wolna.
Uśmiechnął się do Niej życzliwie. Przez chwilę zastanawiał się czy nie ponowić zaproszenia na kawę.
- Pani płacze?
Wybiegła ze studia stukając cienkimi obcasami. Chyba powiedziała przepraszam, choć może tak Mu się tylko wydawało.

między Bogiem a prawdą

piątek, czerwiec 12, 2009

Jej życie miało wyglądać inaczej.
Widziała to od bardzo już dawna.
I to nie to, żeby była nieszczęśliwa. Po prostu gdzieś głęboko czuła, że do szczęścia potrzeba Jej czegoś więcej.
Jeszcze kiedy mieszkała z rodzicami, powtarzała sobie, że już niedługo wszystko się zmieni. Będzie wstawała wcześniej, nie lubiła w sobie, tego, że budzi się tak późno, i zaczynała dzień aktywnie. Powinna też chyba zacząć uprawiać jakiś sport. Nie dla lepszego wyglądu, na ten nie narzekała jakoś szczególnie, a dla lepszego samopoczucia. Powinna biegać każdego ranka. Tak, bezsprzecznie kusiła Ją wizja porannego joggingu. Wysoko upiętych włosów, ciemnego dresu, energicznej muzyki, jakiej będzie słuchała. Może też, za jakiś czas, powinna kupić sobie psa? Wizja biegania z psem jest jeszcze bardziej kusząca.
Ale to jeszcze nie teraz. To za jakiś czas.
Sądziła, że kiedy zamieszka już sama, zawsze będzie miała porządek w szafkach w kuchni. Drażniły Ją małe okruszki, które znaleźć można między szklankami i talerzami. I z pewnością, w swoim, domu nie będzie miała zasłon. Za tymi też nie przepadała. Może ewentualnie krótkie firanki.
I nigdy też nie będzie odkładała niczego na później. Prania, prasowania, ani składania ubrań. Będzie robiła wszystko na bieżąco i w ten sposób w Jej domu zawsze będzie porządek. Zawsze też będzie w nim miała świeże kwiaty.
Ale nie, to jeszcze nie teraz.
Wiedziała też, że Jej przyszłe życie powinno być bardziej spontaniczne. Bez ciągłego planowania i zastanawiania się, czy aby na pewno to się opłaca. Powinna też częściej wyjeżdżać. Tak, zdecydowanie. Będzie też częściej wyjeżdżać. I mniejszą wagę przykładać do pieniędzy.
Ale to jeszcze nie teraz.

Jeszcze nie teraz przeciągało się w czasie. Nigdy nie znalazła dość chęci i samozaparcia, by biegać codziennie. Próbowała kilka razy, ale dobrze wiedziała, że, między Bogiem a prawdą, nie miało to większego sensu. A kupnie psa też nie było mowy.
Jej mąż nie znosił zwierząt. Z resztą małe mieszkanie na czwartym piętrze nie sprzyjało kupnie na przykład Labladora.
Mieszkanie było zadbane i czyste. Choć za każdym razem, po powrocie z pracy, najpierw składała rzeczy, które poprzedniego dnia zostawiła na fotelu, a potem, zmęczonym wzrokiem, spoglądała na stertę prasowania.
Gdzieś między rodziną a pracą zgubiła marzenia o świeżych kwiatach, jasnym przestronnym wnętrzu i nieodkładaniu niczego na później.
Czasem tylko, kiedy już zasłoniła ciężkie zasłony myślała o tym, że Jej życie powinno wyglądać inaczej. Być bardziej spontaniczne. I powinna też zacząć ćwiczyć. I częściej wyjeżdżać. I przestać przejmować się pieniędzmi.