Archiwum z styczeń, 2010

Dear Diary

czwartek, styczeń 21, 2010

10.11.2008
Nie wiem dlaczego powinnam tu spisać historię mojej znajomości z A.
Nie bardzo rozumiem jaki ma to związek z terapią.

12.11.2008
Mój psychoterapeuta twierdzi, że pisząc łatwiej mi będzie dotrzeć do samej siebie.
Może i racja.
Mam prawie 40 lat i wrażenie, że nic nie ułożyło się tak jak powinno.

15.11.2008
A. to jedyna osoba, która mnie nie zawiodła.
Mąż, który mężem już nie jest, zdradzał mnie pewnie od dnia, w którym się poznaliśmy.
Idealne małżeństwo nie wydaje się już tak idealne, kiedy patrzy się na nie przez pryzmat niewierności.
Po rozwodzie, tak zwani, przyjaciele gdzieś się rozpierzchli. Przestali zapraszać na kolacje.
Przestali dzwonić z pytaniem o to jak się czuję. Mój psychoterapeuta uważa, że wszystkich
zniechęciłam swoim bezgranicznym bólem. Że ludzie tolerują tylko pewne ilości cierpienia innych.
A mojego było ponoć zbyt dużo.
W sumie to i tak bez znaczenia …
Żyję, i nie ma żadnej przesady w tym co piszę, tylko dzięki A.
To Ona była ze mną, kiedy już nie miałam siły. Ale nie o tym miałam pisać …

16.11.2008
A. poznałam, niemal dokładnie wtedy, kiedy odkryłam zdradę męża.
Nie uważam tego za przypadek. Raczej za zrządzenie Opatrzności.
Nie pamiętam dokładnie pierwszych słów, jakie ze sobą zamieniłyśmy. Ani tego, która z nas
zaproponowała wspólną kawę. Pamiętam za to, że w Jej spojrzeniu było tyle ciepła i dobroci …
Lgnęłam do Niej. Być może już wtedy czułam, że zostanie moją przyjaciółką. Jedyną.
Prawdziwą.

18.11.2008
Spotykałyśmy się niemal każdego dnia.
To Ona pierwsza zasugerowała mi rozwód. Byłam już wtedy pewna, że mąż mnie zdradza.
A mimo to, nie brałam pod uwagę rozstania. Wychowana w przekonaniu, że małżeństwo
powinno trwać aż do śmierci, byłam pewna, że będę musiała mu wybaczyć. Jakoś nauczyć
się z tym żyć. Jakoś znowu mu ufać.
Ale A. nie uznawała kompromisów. Nauczyła mnie jak być silną. Nawet jeśli ta siła ma być
powierzchowna. Razem ze mną spakowałam jego rzeczy. Stała obok mnie, kiedy kazałam
mu się wyprowadzić.

24.11.2008
Mój psychoterapeuta zapytał mnie dziś kim A. jest z zawodu. Czy ma rodzinę? Dlaczego nie
chodzi do pracy?
Nie odpowiedziałam od razu …
To prawda, ostatnie miesiące A. poświęciła tylko i wyłącznie trosce o mnie. Walce o moje życie.
O to, bym każdego dnia nie zapominała wstać z łóżka.

Od chwili rozwodu praktycznie mieszka razem ze mną. Miała zostać tylko na jedną noc. Została na dłużej.
Wymuszam to na Niej, wiem. Ale panicznie boje się widoku pustego mieszkania. Panującej w nim ciszy.
Z Nią jest mi łatwiej. Raźniej.

26.11.2008
Psychoterapeuta zasugerował umieszczenie mnie w, jak to nazwał, przyjaznej placówce.
W sumie nie mam chyba nic przeciwko.
Zmiana dobrze mi zrobi. Tym bardziej, że Jego diagnozy nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
A. obiecała odwiedzać mnie tak często, jak tylko będzie mogła.

7.05.2009
Obiecali mi, że za kilka dni wypiszą mnie do domu.
Choć po tym wszystkim, nie wiem czy powinnam jeszcze wierzyć lekarzom.
Trafiłam tu na początku grudnia.
To wtedy mój psychoterapeuta powiedział, że A. nigdy nie istniała.

Mrs Mother

wtorek, styczeń 19, 2010

Nie łączyło je zbyt wiele. Czasem zastanawiała się jak to możliwie nie czuć nic myśląc o kobiecie, która dała życie.

Jej matka była, tak zwaną, bizneswoman. Na początku lat 80., kiedy mało kto znał takie słowo, zaczęła pracować w dużej, zagranicznej firmie i przestała bywać w domu. Praca, w przeciwieństwie do gotowania, prania i prasowania, stała się nie tylko Jej pasją, ale całym życiem.
Nie pamięta matki mówiącej “odrób lekcje”, “posprzątaj w pokoju”. Nie pamięta też, by ta kiedykolwiek Ją przytulała.
W pamięci miała inny obraz. Przy dużym stole w kuchni matka przegląda jakieś dokumenty. Sięga po telefon. Ostrym i zdecydowanym tonem wydaje polecenia służbowe. Nie znosi sprzeciwu. Jest niedziela.

Jej matka chyba nie była ciepłą kobietą. Należy w takiej sytuacji powiedzieć chyba, bo przecież tak naprawdę nigdy Jej nie poznała. Miała wrażenie, że codziennie przelotnie widzi kobietę, która zbyt szybko zdecydowała się na małżeństwo i dziecko. Gdyby nie mąż, którego nieustannie krytykowała, i gdyby nie córka, która była do męża zbyt podobna, pewnie Jej kariera rozwijałaby się szybciej. Bardziej dynamicznie. Mogłaby częściej wyjeżdżać na szkolenia. Mogłaby nie spędzać z Nimi tych wszystkich idiotycznych świąt, podczas których tylko marnowała czas. Mogłaby żyć swoim życiem. Bez nich.
Doskonale pamiętała wyraz Jej twarzy, kiedy w czwartej klasie, dumnie wręczyła Jej zaproszenie na organizowany w szkole Dzień Matki. Matka była zła. Musiała wcześniej wyjść z pracy, żeby zdążyć, a przecież nie było powodu, by to robić. Nie podziękowała. Przyszła za karę i nawet nie udawała, że jest inaczej.
To była kolejna cecha Jej matki. Z wrodzoną swobodą krytykowała innych i dawała im odczuć, że są tak bardzo różni od Niej. Na nikim nigdy Jej nie zależało. Nigdy też nie widziała powodu, by tuszować własne odczucia, wstrzymywać się z krytyką. Mąż miał wiedzieć, że nie uważa Go za godnego siebie partnera. Córkę informowała o najmniejszych błędach, jakie popełnia. Zła szkoła, zła praca, zły pomysł, złe ubranie, zła zabawa. Zbyt dziecinna, zbyt blada, zbyt nijaka.
Niejednokrotnie zastanawiała się dlaczego matka zamiast ich wolała pracę.

Ojciec był uosobieniem dobroci i ciepła. Spokojny, życzliwy, chętny do pomocy, zawsze miał dla wszystkich czas. Dla zrzędliwej sąsiadki, listonosza, który wciąż o czymś zapominał, dla kilku kolegów, z którymi przyjaźnił się od lat, i najważniejsze, dla Niej. Powtarzał, że jest Jego księżniczką. Czytał bajki na dobranoc i zawsze był obecny, kiedy na zakończeniu roku szkolnego odbierała świadectwo z wyróżnieniem. Zawsze wtedy widziała jak rozpiera Go duma.
Krytyczne uwagi żony zdawał się puszczać mimo uszu. Czasem tylko bezsilnie zwieszał głowę w geście rezygnacji.
Zmarł dużo za wcześnie. Bez powodu.

Z zamyślenia wyrwał Ją głos matki:
- Podaj mi Kochanie szklankę wody.
Na starość złagodniała. Kochanie, proszę, dziękuję, przepraszam. Od kilku lat zmagała się z chorobą. Wszyscy wiedzieli, że przegrywa tę walkę. Była niedołężna i już nie miała w oczach ani siły, ani determinacji. Chyba starała się nadrobić czas. Może nawet żałowała.
Wszyscy w szpitalu wiedzieli, że w każdy czwartek, między 16 a 17, odwiedza Ją córka. Znana dziennikarka, która zdobyła wiele prestiżowych nagród. Jej córka, przepiękna, zgrabna brunetka, która nigdy nie uśmiecha się w obecności matki. A o której ta potrafi opowiadać godzinami.

Przychodzenie do szpitala było Jej obowiązkiem. Czuła wewnętrzny przymus, by odwiedzać tę starą kobietę, względem, której nic nie czuła. Nie była Jej matką, nie wychowała Jej, nie pomagała, tylko Ją urodziła. To w ostatecznym rozrachunku niewiele. Dawno temu pogodziła się z takim stanem rzeczy i już nie chciała się dowiedzieć, dlaczego mama wolała pracę, niż ośmioletnią, trochę przestraszoną dziewczynę i męża, który był najlepszym człowiekiem na świecie.

- Proszę mamo.
Mówiąc mamo nie czuła nic.

together/for_ever

wtorek, styczeń 5, 2010

Nie sądzę, by ktokolwiek patrząc na Nich był w stanie stwierdzić, że się kochają.Ludzie przez pół życia snują romantyczne mrzonki na temat miłości, tylko po to, by drugą jego część boleśnie przekonywać się, że miłość nieczęsto przenosi góry. Przynajmniej nie ich miłość.
Obserwując ich, zastanawiałam się czasem dlaczego ze sobą są. XX wiek był wiekiem niewstydliwych i nieukrywanych rozwodów, które, z czasem, zaczęto uważać za błogosławieństwo. Słyszałam historie o rozwiedzionych parach, które, zupełnie niespodziewanie, odnajdywały prawdziwe szczęście u boku innych ludzi. Trochę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpoczynali życie od nowa.

Myślę, że w Ich przypadku też mogłoby tak być. Przypuszczam nawet, że ich bliscy nie mieliby im tego za złe.W miejsce miłości, której nigdy nie było, nie pojawił się szacunek ani wzajemne zrozumienie, jak możnaby się spodziewać. Była za to irytacja. Bezustanna. Ludziom, którzy przebywali w Ich towarzystwie zawsze wydawało się, że są zmęczeni sobą do granic możliwości.Byli. Ale nie tylko sobą. Wiedziałam dobrze, że męczy ich życie, które okazało się być dalekim od ideału. Wiedziałam też, że każde z nich obwiniało to drugie o wszelkie niepowodzenia. Ona, tęskniąc za prawdziwym uczuciem, płakała na filmach o miłości. On, przed snem, zastanawiał się jakby to było być kimś innym. Być innym mężczyzną.

Tymczasem mijały lata a Oni wciąż trwali gdzieś na granicy niemego rozstania i bezbrzeżnego przywiązania. Każdego dnia kłócili się o drobiazgi. Być może nawet kłócili się wciąż o to samo.
Sami z siebie nigdy nie rozmawiali o rozstaniu. Zdawało się, choć nie wiedzieć czemu, że nie ma takiej opcji. Na rozwód namawiały Ją nie tylko przyjaciółki, ale także bliższe i dalsze znajome. Kilka lat po ślubie wspomniała o tym nawet Jej matka, potem teściowa. Jego rozmowy o rozstaniu, choć nie tak częste, z pewnością były bardziej dobitne.Ale nie było takiej opcji. Nikt nie wiedział dlaczego.

Nikt też nie sądził, że, dość romantycznie, zakończą życia w tej samej sekundzie. W tym samym samolocie, na dnie tego samego morza. Razem.Kiedy dowiedziałam się o ich śmierci nie mogłam nie zapytać siebie, dlaczego przez te wszystkie lata byli razem. Przecież nie z miłości.
Mamo, Tato, przecież nawet ja doradzałam Wam rozwód.