get up in the morning

5.00. Niespiesznie wyłączyła dzwoniący budzik. Pomyślała, że musi zmienić jego dźwięk. Ten zaczynał Ją drażnić. Lubiła wcześnie wstawać. I lubiła te swoje leniwe poranki.

Prysznic. Kawa. Śniadanie. Makijaż. Pobieżnie przejrzana prasa. Szlafrok. Dobrze skrojona garsonka. Spięte włosy. Szpilki. Teczka.

Wchodziła kilka minut przed 7.00. Droga do pracy zwykle zajmowała Jej zaledwie kilka minut. Kupując mieszkanie w centrum miasta miała nadzieję rzadziej jeździć samochodem.

Szła więc niespiesznie. Pomyślała, że już prawie lato. Kolejne lato.

W dni takie jak dziś przyznawała sama przed sobą, że praca zawładnęła Jej życiem. To nie to, żeby była niezadowolona. Czasem tylko żałowała, że w Jej życiu nie ma żadnego mężczyzny, żadnej przyjaciółki, może nawet dziecka.

Nie planowała zostać bussineswoman. Życie trochę wybrało za Nią. Trochę pomógł przypadek. Nie, nie była tego rodzaju kobietą – wieczorami nie analizowała minionego dnia. Nie składała noworocznych postanowień. Nie zastanawiała się czy robi dobrze czy źle. Poddawała się życiu i pozwalała, by to ono Nią kierowało.

Skarciła się w myślach za te poranne rozważania. Wiodła wygodne, dostatnie życie. Miała pracę, którą lubiła, i która pozwalała Jej żyć na wysokim poziomie. Nie lubiła zastanawiać się, co by było gdyby. Gdyby miała męża. Gdyby nie pracowała w korporacji. Gdyby częściej wychodziła z domu.

Była na to zbyt praktyczna.

A jednak, nie wiedzieć czemu, ten poranek był inny. Nie szła przed siebie pewnym krokiem, choć nadal dostrzegała ukradkowe spojrzenia mijanych mężczyzn. Tak, była atrakcyjna. Szczupła. Zadbana. Elegancka. Było to miłe, ale nie stanowiło dla Niej jakiejś większej wartości. Powierzchowność nie zajmowała zbytnio Jej uwagi. Mimo to swoje stroje dobierała uważnie. Przede wszystkim miały podkreślać Jej pozycję w firmie. Były to więc dobrze skrojone kostiumy od znanych projektantów w stonowanych kolorach. Uzupełniała Je dodatkami. Czasem, butami, czasem biżuterią. Przed wyjściem z domu zerkała w lustro, by szybko ocenić jak wygląda. Zwykle kończyło się to aprobującym skinieniem głowy. Wiedziała, że musi dobrze wyglądać. Kiedy stwierdzała, że tak jest, wychodziła z domu. I już o tym nie myślała.

Nie chciała być kimś innym. Nie chciała mieć innego życia. To, które miała teraz było w porządku.

No właśnie. W porządku. Przez moment rozważała te niewypowiedziane słowa. W porządku to chyba trochę za mało. Pomyślała, że mogłaby zrobić coś spontanicznie. Wziąć kilka dni urlopu i gdzieś wyjechać. Może kogoś poznać. Może umówić się na randkę. Może potańczyć.

Jeszcze w windzie planowała ten dzień. Za chwilę zadzwoni do biura podróży i zda się na wybór jego pracownika. Była już w wielu miejscach na świecie. I, prawdę mówić, w tej chwili nie przychodziło Jej do głowy żadne miejsce, które chciałaby zobaczyć. Ale to nic. Poprosi o rezerwację na najbliższy wolny termin. Tak, może być nawet na jutro. Wracając z pracy zrobi niewielkie zakupy. Zje obiad w swojej ulubionej knajpce i wróci do domu, by się spakować. Jutro będzie leżała na jakiejś plaży i postara się choć trochę pokierować swoim życiem. Może trochę je zmienić?

Dzień minął w atmosferze ogólnego napięcia, które od samego rano udzielało się pracownikom firmy. Niepodpisany kontrakt. Negocjowane warunki. Trochę pretensji. I niezadowolenie kierownictwa.

Nie zdążyła zadzwonić do biura podróży.

25/05/2011  Skomentuj

fling

Ich romans rozpoczął się niewinnie – pewnie jak każdy. Był nieplanowany, przypadkowy. Chciany. Ona uciekała przed monotonną codziennością, On przed czymś o czym nigdy nie chciał mówić.

Romanse są trudne – myślała nie raz. Pełne napięć, niedomówień i przemilczanych pytań. Romanse są pełne sprzeczności, namiętności i udręki. Biorąc pod uwagę tę definicję ich taki nie był. Nigdy nie mięli złudzeń dotyczących tego, co tak naprawdę ich łączy. Nigdy nie chcieli wspólnie spędzić życia. Ot, spotykali się od czasu do czasu. Wiadomo po co. Język angielski wdzięcznie określa to jako fling.

Poznali się w pracy – to ponoć dość częste. Zaczęło się od ukradkowych spojrzeń i dwuznacznych pytań. Potem były niezauważalne dla nikogo innego muśnięcia dłonią. E-maile. Spotkania podczas lunchu. A potem? Potem wszystko potoczyło się szybko.

Ona miała męża, którego już nie kochała i dzieci, dla których warto było z nim być. On? On był pełen tajemnic. A Ona, jak na kochankę, przystało nie zadawała zbyt wiele pytań. Nie chciała Go stracić. Był dla niej ucieczką. Miłą przerwą między pracą, praniem i odbieraniem dzieci ze szkoły. Oczywiście, był też wszystkim tym, czym nie był Jej mąż. Łączyły ich emocje. Rzadko kiedy wypowiadane słowa. Krótkie spotkania, trochę na granicy jawy i snu. Długie pocałunki. Dotyk. Szept. Czasem wspólne noce. Nie, nie chciała mieć Go tylko dla siebie. Wiedziała, że romanse nie są po to, by budować wspólną przyszłość. Są odskocznią. Zapomnieniem.

Zdradzała więc swojego męża regularnie. Na kilka chwil przed zaśnięciem, z kolegą z pracy, którego imienia nigdy nie poznała. Z kolegą, o którym fantazjowała od ponad roku. Obok męża, którego nie kochała, i który najczęściej już wtedy spał.

14/04/2011  Skomentuj

u nas/u nich

Bo widzi Pani, mnie to się zawsze wydawało, że oni są jak jedno. Zawsze tacy szczęśliwi, zakochani. On to zawsze kwiaty jej kupował. Co go widziałam, to on do domu albo z kwiatami, albo z czekoladkami wracał. Ona bardzo te czekoladki lubiła. A kwiaty to jej zawsze pojedyncze dawał, nigdy w bukiecie. Pewnie ona mało, a często chciała, żeby było wiadomo, że kocha. A że on ją kochał, to te kwiaty przynosił. Zawsze co go widziałam, to mówiłam „ ta Pana żona ma szczęście, że Pana ma”, a on się tylko uśmiechał. Dziwnie tak, że nigdy mi nic nie odpowiadał. Ale kto go tam wie, może wstydliwy był.

Do Kościoła to zawsze razem chodzili. Ona go pod rękę brała i w niedziele szli. W inne dni tygodnia to raczej nie chodzili, tylko w niedziele. Dzieci nie mieli. My, tu na wsi, myślmy, że oni tych dzieci mieć nie mogli. Pewno chcieli, bo jak na wakacje do nich siostrzeniec przyjeżdżał to tacy szczęśliwi byli. Z tym chłopczykiem to się tak ładnie bawili, na spacery go zabierali, do lasu. Tak wtedy jak z obrazka wyglądali. Bo ona bardzo ładną kobietą była, a i on przystojny. Wysoki. Ale też jak chłopiec wyjeżdżał to nie marnieli. Dalej tacy sami byli. My, tu na wsi mówimy, że takich jak oni, zakochanych, to my tu nie mieli.

No, a potem do miasta wyjechali. Pewnie im ta nasza wieś za mała była. Pożegnali się ze wszystkimi sąsiadami i pojechali. Pewno szczęśliwi w tym mieście byli, bo nigdy tu do nas nie wrócili. Ale domu nie sprzedali. Stoi tam, widzi Pani, pusty. Pewno sprzedawać nie chcieli, bo tacy tu szczęśliwi byli. My, tu na wsi, zawsze mówimy, że takich jak oni to my tu nie mieli.

- Tak powiedziała? – wydaje się być szczerze zaskoczony. Przez chwile milczy. W jego surowej twarzy bezskutecznie staram się doszukać śladów pogodnego mężczyzny, którym ponoć był w młodości.

- Wyjechaliśmy wtedy na sprawę rozwodową. Nasze małżeństwo było pomyłką i dobrze o tym wiedzieliśmy. Choć w tamtych czasach nie tak łatwo było zdecydować się na rozwód. Nie staraliśmy się o dzieci, tak samo jak nie staraliśmy się ratować tego związku. Rozstaliśmy się z pewnym smutkiem, bo chyba zdążyliśmy się polubić przez tych kilka lat, ale też z poczuciem, że tylko tak mogliśmy się uratować od nieszczęśliwego życia.

- A kwiaty? – śmieje się przez chwilę, myślę nawet, że może to pod wypływem wspomnień. Z jego twarzy znika napięcie.

- Proszę Pani, a co to komu szkodzi być miłym dla kobiety? My byliśmy dla siebie mili, uprzejmi. Tak nas wychowano. Inna sprawa, że nigdy się nie kochaliśmy.

20/12/2010  3 komentarzy

« starsze nowsze »